PORTAL KATOWICKI

INFORMACJE KULTURALNE

Menu

Don Carlos... bez Carlosa

  • Dodano:
  • Kategoria: Muzyka

Po pięćdziesięciu sześciu latach na scenę Opery Bytomskiej powróciła opera "Don Carlos" Giuseppe Verdiego. Z niecierpliwością czekaliśmy na premierę, bo to przecież jedno z najbardziej uznanych (i zarazem trudnych do wykonania) dzieł włoskiego kompozytora. Decyzja o jego wystawieniu sugerowała zatem, że zespół bytomski gotowy jest na jego realizację.

Filip_i_InkwizytorPomińmy historię powstania opery, jej modyfikacje, kontekst historyczny libretta etc. – o tym pisaliśmy już wcześniej. Teraz skupmy się na najnowszej produkcji.

Realizację przedstawienia Dyrekcja powierzyła Waldemarowi Zawodzińskiemu (reżyseria i scenografia) i Janinie Niesobskiej (choreografia i ruch sceniczny). Od strony muzycznej nad całością czuwał sam dyrektor artystyczny, Tadeusz Serfain.

Waldemar Zawodziński ma na swoim koncie wiele realizacji operowych. Spośród licznych nagród i odznaczeń, jakie wcześniej otrzymał, część z nich przyznana była właśnie za przedstawienia muzyczne. Doświadczeń w reżyserowaniu dzieł operowych ma sporo.

W bytomskim Carlosie zmierzył się głównie z tematem wiary i inkwizycji, relacjami: państwo – kościół oraz, na ile to możliwe, starał się ukazać protagonistę (choć w części) nie w tak wyidealizowanym świetle, jak w pierwowzorze literackim przedstawia go Schiller, a następnie Verdi.

Eboli_i_CarlosUkazująca się na początku przedstawienia gablota, wypełniona ludzkimi czaszkami, nasuwa nieodparcie skojarzenia z holokaustem i obozem zagłady w Auschwitz. Opera porusza temat inkwizycji... Jest to chyba swoiste postawienie znaku równości pomiędzy praktykami średniowiecznego kościoła katolickiego, a ludobójstwem drugiej wojny światowej. Wszelkie zresztą sceny, w których występuje Wielki Inkwizytor lub pojawia się temat kościoła (kościoła jako instytucji), przedstawione są niezwykle sugestywnie i mocno. Mocno, bo często wręcz groteskowo – Wielki Inkwizytor jest zniedołężniałym starcem, ślepym i karykaturalnym (trochę do przesady). Ale cóż z tego, skoro jest potężny – jeśli ma władzę i armię gotową siać śmierć i spustoszenie... I to wszystko „w obronie wiary"?
Generalnie, w taki właśnie sposób, przedstawiane są sceny natury „politycznej"...

Opera nie byłaby jednak operą bez wielkich uczuć – miłości, zazdrości, przyjaźni... Te sceny przedstawione są w zupełnie odmiennym charakterze. Bohaterom towarzyszą artyści baletu. Sposób ich poruszania, gesty, ruchy, przyjmowane pozy, nasuwają skojarzenia z dziełami malarskimi epoki, a wielkiej arii Elżbiety i późniejszemu duetowi z Carlosem towarzyszy Pietà, także ta mniej znana, „Rondanini", z zamku Sforzów w Mediolanie - śpiewacy pojawiają się na scenie w takich właśnie pozach... Całość jest zresztą bardzo plastyczna i malarska.

Opera jest sztuką syntetyczną (banalne stwierdzenie), a reżyser ma prawo przedstawiać ją na swój własny sposób - bez względu na to czy się to komuś podoba, czy nie. Rzecz, która mnie natomiast zawsze intrygowała, to takie odejście od oryginału, w którym akcja sceniczna nie pokrywa się ze śpiewanym tekstem. Tutaj absolutnie takich sytuacji nie ma. Co najwyżej wątpliwości budzi przedstawienie niektórych scen, zwłaszcza tych, w których Carlos ma upodabniać się do prawdziwej postaci historycznej, a nie pierwowzoru literackiego. W finale drugiego aktu bohater wygląda na szaleńca – lekceważy Filipa i bezwstydnie zachowuje się wobec macochy. I to na oczach tłumu zebranego na placu przed Nostra Donna d'Atocha... Podczas pierwszego pojawienia się królowej na scenie księżniczka Eboli spogląda na nią z lekceważeniem, pogardą, wyższością... W duecie "sam na sam" Elżbiety i Carlosa królowa miota się na posadzce komnaty... Pomimo całego "zepsucia" panującego na dworach królewskich, intryg, knowań, trudno dopuścić do siebie myśl, by takie sceny mogły mieć miejsce. I takie głosy słychać też było w kuluarach.

ElisabettaMnie osobiście uderzyła inna rzecz – "prawdziwe" przedstawianie postaci Carlosa w dość dziwnym zwierciadle ukazuje markiza Posę. Bo któż oddałby życie za osobę, delikatnie mówiąc, niezbyt rozgarniętą, by ta ostatnia mogła kiedyś rządzić i przywrócić pokój w okupowanej Flandrii? Tłumaczyć by to mogło jedynie zauroczenie i wielka, ślepa, namiętna miłość markiza do infanta – ale podążając tropem takiej interpretacji posunęlibyśmy się już chyba zdecydowanie zbyt daleko...

Wbrew dominującym dzisiaj trendom utrzymuję, że opera to jednak śpiew. Nawet najpiękniejsza realizacja sceniczna nie obroni produkcji, jeśli od strony wokalnej jest nienajlepsza. Przejdźmy zatem do solistów.

Cztery głosy męskie i dwa kobiece – bez śpiewaków zdolnych udźwignąć główne partie nie warto zabierać się za "Carlosa". Mowa oczywiście o: Carlosie, markizie Posa, Filipie II, Inkwizytorze, Elżbiecie i Eboli.

Jak wygląda sytuacja w Bytomiu? Podczas premierowego spektaklu "numerem jeden" był niekwestionowanie Adam Szerszeń jako Posa. Artysta doskonale wie, na czym polega „verdiowskie" śpiewanie. Ma duży głos o pięknej, ciepłej barwie, ma nad nim kontrolę, w zależności od sytuacji dramatycznej potrafi odpowiednio nim kierować. Wie, kiedy potrzebne jest „forte" i kiedy „forte" należy zrobić na „piano", by w efekcie było „fortissimo". Nie wiem, czy Artysta zna biegle język włoski, ale właściwe podkreślanie odpowiednich słów, intonacja, pokazanie tego wszystkiego, czego nie ma w nutach, a co oczywiste jest dla Włochów, w jego interpretacji po prostu było. To bez wątpienia wielki śpiewak i wielki Artysta.

DonCarlos_Posa_fotTomaszZakrzewskiWydaje się, że siłę pian zna także Anna Wiśniewska–Schoppa - Elżbieta. Naprawdę, miło było przekonać się, że nadal mamy śpiewaczki potrafiące pięknie zaśpiewać wysokie dźwięki na pianissimo. Bo to rzadkość. Anna Wiśniewska–Schoppa nie ma raczej donośnego głosu dramatycznego, dlatego też zapewne całą partię opracowała tak, by pokazać to, co wartościowe w jej sopranie. I słusznie. Elżbietę zaśpiewała bardzo lirycznie, a pełnych tragizmu i dramatu pian nigdy nie było zbyt wiele. Głos idealnie słyszalny był w każdym momencie, w karkołomnej arii finałowej, kwartecie w akcie III (wykonywanym do tego w pozycji leżącej), jak i w pozostałych scenach.

Przeciwnym przykładem jest Eboli Ewy Vesin. Śpiewaczka wychodzi chyba z dość powszechnego w Polsce założenia, że im głośniej tym lepiej. A najlepiej tak, by spadł żyrandol. Ciągle więc głośno – bez względu na emocje. Im mocniej, tym lepiej. Do tego niewyrównany rejestr – wrażenie słuchania kilku śpiewaczek. Aktorsko rola zagrana brawurowo, ale wokalnie nic, czym można by się zachwycić...

Filip Aleksandra Teligi zaśpiewany bardzo ładnie. Mnie w śpiewie brakowało emocji, zwłaszcza w momentach, w których król ukazuje swoje ludzkie oblicze... Ale to już "czepianie się".

Przyjemnie słuchało się chóru i orkiestry Opery – tego pierwszego przygotowanego przez Krzysztofa Martyniaka, orkiestry przygotowanej i prowadzonej przez Tadeusza Serafina.

Milczeniem trzeba pominąć natomiast występ Macieja Komandera w tytułowej partii. Nie kopie się leżącego...

PS. Ciekawe, jak bardzo, przy doborze premierowej obsady, liczył się wiek śpiewaków... Bo w obsadzie "drugiej" - ("drugiej" absolutnie nie znaczy gorszej!) - występują śpiewacy starsi wiekiem... To pytanie czysto retoryczne – problem jednak istnieje i warto na jego temat rozmawiać. Bo czy realizatorzy przedstawień operowych naprawdę uważają, że publiczność operową uda się "kupić" młodością, urodą, specyficznymi pomysłami, nie licząc się ze śpiewem (w myśl zasady: czego nie dośpiewa, to 'dowygląda')... Nieubłaganie zbliża się sezon ogórkowy, może więc tym właśnie tematom poświęcimy letnie miesiące... Ireneusz Szczepaniak

fotografie: Tomasz Zakrzewski

 

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii w celach reklamowych, statystycznych oraz w celu dostosowania serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Korzystanie ze strony oznacza wyrażenie zgody na zapisywanie plików cookies w pamięci Twojej przeglądarki.
Więcej o naszej polityce prywatności oraz zmianie ustawień przeglądarki dowiesz się tutaj.