PORTAL KATOWICKI

INFORMACJE KULTURALNE

Menu

"Nigdy mnie nie zwolniono" – rozmowa z Tadeuszem Kijonką

  • Dodano:
  • Autor: Marek Lyszczyna
  • Kategoria: Muzyka

Tadeusz KijonkaMarek Lyszczyna: Czytając pamiętniki Lorenza da Ponte, autora najsłynniejszych librett oper Wolfganga Amadeusza Mozarta, można dojść do wniosku, że bycie kierownikiem literackim opery to niełatwy chleb.
Tadeusz Kijonka: Oczywiście w czasach Mozarta sytuacja była zupełnie inna. Problem polega bowiem na tym, że takiego zawodu jak kierownik literacki właściwie nie ma... Autorzy librett wykreowani byli z reguły przez znakomitych kompozytorów i ich opery - arcydzieła, które zapoczątkowały ich karierę w tej roli. Co należy do obowiązków kierownika literackiego? Ścisła współpraca z autorem muzyki, o ile żyje, a jeśli realizuje się operę nieżyjącego już kompozytora, to kierownik literacki reprezentuje interes teatru, pracuje przy realizacji kolejnych premier. Analizuje tekst, dyskutuje z inscenizatorem co do koncepcji - na tym etapie często zdarzają się kolizje. Dyrektor opery to jedna postać, zazwyczaj jest to dyrygent, ale niekoniecznie, czasem jest to na przykład wybitny śpiewak. Do tego grona dochodzi postać reżysera, i tutaj również może dochodzić do kolizji. Jeżeli będzie to obrazoburczy realizator, którego wizja przedstawienia mija się z tradycją, proponuje nowe odczytanie wbrew przyjętej konwencji, to wówczas kierownik albo zgadza się z nim, albo bierze bardziej pod uwagę interes publiczności, która jest zazwyczaj zachowawcza i nie bardzo akceptuje drastyczne zmiany... Wynika z tego, że rola kierownika jest złożona i nie jest ujęta w żaden kodeks. W operze może istnieć symbioza, ale może również dochodzić do kolizji... w razie konfliktu kierownik jest osobą słabszą. Dyrektor reprezentuje bowiem interes całego teatru i kształtuje politykę repertuarową. To jest pewien złożony układ. Działania tych kilku tych postaci nakładają się na siebie, krzyżują... Podsumowując, kierownik literacki nie musi być autorem libretta. Bardzo często pracuje jednak nad zmianami w jego tekście. Współtworzy skróty, dostosowuje tekst do wymogów dyrygenta, bowiem bardzo rzadko zdarza się, żeby jakaś opera była wystawiana wiernie co do jednej nuty.

Marek Lyszczyna: W czasach da Pontego opera była na łasce i niełasce władzy. W czasach, kiedy Pan był kierownikiem literackim było podobnie. Dzisiaj również wydaje się być podobnie, z tym chyba tylko, że coraz trudniej znaleźć "władców" zainteresowanych operą tak jak Józef II...
Tadeusz Kijonka: Nie do końca było podobnie... Leopold II Habsburg czy Arcybiskup Colloredo mieli swoje teatry. Ale to nie były teatry państwowe... mamy więc inną sytuację. Pod tym względem teraz jest lepiej, gdyż działalność teatru nie jest uzależniona od kaprysów mecenasa, często pozbawionego kompetencji. Wtedy mieliśmy też do czynienia z naprawdę wyjątkowym przypadkiem, ponieważ w mojej opinii większego geniusza niż Mozart w dziejach muzyki nie było. Jego biografia jest wprost nieprawdopodobna. Już jako młody chłopak, właściwie dziecko jeszcze, napisał operę. Z upływem lat stawał się genialny jako kompozytor, ale coraz słabszy jako partner w relacjach z władzą. Dzisiaj praktycznie nie ma już prywatnych teatrów, choć oczywiście osoby prywatne, jako mecenasi, teatry wspierają. Tak jest wygodniej. Teraz mamy do czynienia głównie z polityką kulturalną w danym okresie, z ambicjami władzy... teatr jako instytucja popularyzuje niekiedy osobę prominentną, często bezpośredniego zwierzchnika. Mimo wszystko jest to znacznie sensowniejsze niż wtedy, gdy o kształcie repertuaru danego teatru decydowały wyłącznie osoby prywatne.
Natomiast problem zainteresowania operą przez władzę - no cóż... rzadko się zdarza, by władza szła w parze z kompetencjami i ambicjami wyższego stopnia. Na Śląsku prawie nigdy się to nie zdarzyło. Nigdy nie było dobrze, ani w okresie PRL-u, ani później - nigdy nie było osób w kraju, które czuły się mecenasem, autentycznym opiekunem sztuki. Dzisiaj w instytucjach, w których trzeba się liczyć z subwencjami, jest jeszcze gorzej. Dochodzi do nieustannego ograniczania dotacji. Kultura jak była siermiężna, tak jest dalej. Nigdy nie było nadmiaru środków. Jeśli władza byłaby oświecona, kompetentna w tej dziedzinie sztuki, gdyby rozumiała muzykę, literaturę, teatr, to byłby to cenny kapitał przy realizacji polityki kulturalnej. Zazwyczaj jednak realizowana jest tylko polityka z punktu widzenia rządzącej partii, aparatu władzy itd... Władza czuje się z reguły nieomylna, w zasadzie zawsze jest silniejszą stroną, a przy tym rzadko jest skłonna do dialogu czy porozumienia.

Marek Lyszczyna: Jak Pan wspomina dzień, w którym trafił Pan do Opery Śląskiej?
Tadeusz Kijonka: Jestem w tym przypadku postacią dość nietypową.. Otóż tak sie zdarzyło, że w latach wczesnej młodości, właściwie dzieciństwa, znalazłem się w szkole muzycznej. Okazało się, że jestem osobą muzykalną, obdarzoną świetnym słuchem. Natomiast kiedy trafiłem do Opery Śląskiej w 1967, byłem kierownikiem działu literackiego w "Poglądach", a przy tym poetą już po debiucie książkowym, który miał miejsce jeszcze w okresie studiów. Nie myślałem wtedy, że trafię do opery. Interesowałem się teatrem, szczególnie gdy studiowałem w Krakowie, gdzie zawsze były świetne teatry, ale opera w zasadzie nie funkcjonowała.
W Bytomiu natomiast konsultantem artystycznym Opery Śląskiej był wówczas Karol Stryja, którego miałem okazję poznać już wcześniej. Przygotowywał "Orfeusza w piekle" Jacques'a Offenbacha. Trzeba było opracować na nowo libretto, napisać nowe kuplety, zaproponować skróty. Karol Stryja szukał kogoś, kto mógłby się tym zająć. Osobę, która poradzi sobie i z klawiaturą, i rymami, co było szczególnie ważne w przypadku dzieła Offenbacha, gdyż kuplety musiały być oczywiście rymowane. To był początek nowego roku 1967. Zdecydowałem się wtedy zostać do końca sezonu, dokładnie do premiery przewidzianej w maju.
Ale Karol Stryja był konsultantem w okresie przejściowym, potem przyszedł Bolesław Jankowski, mający na koncie wiele sukcesów, między innymi w Lubece, na scenach zagranicznych, dążący do wprowadzenia współczesnych tytułów. Szybko się tam [w Operze Śląskiej – przyp. M.L.] zadomowiłem... kładłem nuty na pulpicie, sprawdzałem, czy się prozodia zgadza. Jankowski prosił, żebym pozostał, w wydziale kultury urzędu wojewódzkiego także wpierano ten pomysł. Ostatecznie zdecydowałem się pozostać do końca roku. Jankowski miał ambitne plany, przymierzał się do "Alberta Herringa" Benjamina Brittena. Silnie się w to zaangażowałem. Jankowski chciał również ogłosić konkurs na libretto. Osobiście przygotowałem regulamin i w ten sposób coraz silniej wiązałem się z pracą w Operze, nie tylko przy realizacjach, ale również przy innych przedsięwzięciach. Mimo wszystko jednak nadal traktowałem tę pracę jako kontrakt dorywczy... I tak spędziłem tam blisko pięćdziesiąt lat... ale nigdy nie wpisałem sie jako kierownik na afisz...[śmiech]. Natomiast mam na swoim koncie wiele dokonań, które okazały się bardzo ważne dla Opery. Moim pomysłem był np. konkurs wokalny im. Adama Didura, który obecnie ma charakter międzynarodowy.
Natomiast moje wcześniejsze zainteresowania teatrem okazały się bardzo ważne, gdy kolejnym dyrektorem Opery został Napoleon Siess, z którym z biegiem czasu serdecznie się zaprzyjaźniłem. Jako dyrektor powierzył mi kontakty z reżyserami - i tak np. pojawili się w Bytomiu Ludwik René czy Olga Lipińska. Moja obecność została zauważona i doceniona. Miałem też wpływ na politykę kadrową i obsadę.
Dopiero z początkiem 2014 roku złożyłem wymówienie. Stało się to w tym samym momencie, gdy pożegnałem się z redakcją powołanego od podstaw przeze mnie pisma [miesięcznik "Śląsk" – przyp. M.L.], wtedy też zaczęły się moje problemy zdrowotne.. Mnie nigdy nigdzie nie zwolniono! [śmiech] Ani w "RSW Prasie-Książka-Ruch", gdzie pracowałem, dopóki jej nie rozwiązano po przełomie ustrojowym w 1989 roku, ani w Operze - dyrektor Tadeusz Serafin proponował wręcz, bym pozostał doradcą artystycznym. W jakimś stopniu nadal nim jestem, nawet jeśli nieformalnie. Po tylu latach nie można tego po prostu zapomnieć...

Marek Lyszczyna: Opera Bytomska... miała swojego upiora? Co było największą trudnością, takim upiorem, który spędzał sen z powiek?
Tadeusz Kijonka: Upiorem naszej opery było to, że zawszy była ona biedna, niedofinansowana, a przy tym nie spełniano wobec niej obietnic i zobowiązań. 14 czerwca 1945 w Katowicach wystawiono na Śląsku pierwszą w Polsce po wojnie operę - "Halkę". Powierzono to zadanie Adamowi Didurowi, bezwzględnie najwybitniejszemu śpiewakowi w dziejach polskiej wokalistyki, o czym zaświadcza choćby blisko tysiąc spektakli w Metropolitan Opera...Wielki autorytet i patriota. Wszystko od zera, na gruzach... a już we wrześniu była "Tosca", z końcem roku "Pajace" i "Rycerskość wieśniacza", wystawione już w Bytomiu. Od początku na tej scenie pojawiały się głosy, które były absolutnie wyjątkowe, jak na przykład "młody" Andrzej Hiolski. A już po okresie pół roku Opera dysponowała własnym chórem, orkiestrą i pracowniami. Wydawało się oczywiste, że musi w Katowicach powstać budynek operowy, godny tej funkcji i nowy teatr. Obiecywano, że w 1949 roku stanie tutaj Teatr Wielki. Dokładna lokalizacja została wyznaczona tam, gdzie stoi obecnie gmach związków zawodowych, na gruzach budynku Muzeum Śląskiego projektu Karola Schayera. W tamtych, pierwszych po wojnie latach, scena ta uchodziła za pierwszy zespół - w większości młodych gwiazd. To wprost niepojęte – prawie trzysta spektakli w roku, połowa w objeździe, bo taką misję wyznaczył jej od początku Adam Didur.
Niestety budynek do dziś nie powstał.. To był taki upiór, ta wieczna niemożność, stałe straty znakomitych śpiewaków, którzy odchodzili do Poznania, Warszawy czy później do Łodzi. Z czasem zbudowano gmachy, w Bydgoszczy, w Gdyni, a niedawno w Krakowie i Białymstoku, a my wciąż jesteśmy w tym samym punkcie. Być może w strefie kultury, obok nowej siedziby Muzeum Śląskiego i Narodowej Orkiestry Polskiego Radia stanie kiedyś nowy gmach, bo to jest także lokalizacja... ale czy to się naprawdę stanie? Ja nie mam już takiej wiary, takiego żaru, który miałem w latach siedemdziesiątych, gdy zaczynałem o to zabiegać, choć to niesłychane, żeby taki region nie miał nowoczesnej sceny z prawdziwego zdarzenia. Jesteśmy w tym samym miejscu co w 1959 roku...Tutaj niestety jednak nigdy nie rozumiano tych spraw, nie było mecenatu. Najważniejsza zawsze była produkcja. Mylono kulturę z propagandą. Teraz jest pełna wolność, ale wciąż są ważniejsze tematy niż teatr operowy... może nowy budynek NOSPR to zmieni, ale być może zwycięży pogląd, że "skoro macie już tę salę", to musicie teraz zaczekać kolejne pięćdziesiąt lat...

Marek Lyszczyna: Właśnie, często pojawiały się głosy, aby Operę, której był Pan kierownikiem literackim przez prawie pół wieku, przenieść do Katowic. Co Pan o tym sądzi?
Tadeusz Kijonka: Trzeba przypomnieć o jednej rzeczy. Przez szereg lat Opera Śląska występowała pod dziwnym szyldem, to znaczy przez mniej więcej pięć lat do czasu upaństwowienia nazywała sie ona Opera Katowicka z siedzibą w Bytomiu. Było to w okresie, gdy dyrektorem był Adam Didur, który wiedział, jakie muszą być spełnione warunki w przypadku sceny operowej, by była to pewna obietnica. Myślę, że chodzi nie tyle o to, by przenieść instytucję, która może przecież mieć dwie sceny - tę główną, czyli wielką, i kameralną. To się da mądrze rozwiązać, tylko trzeba zbudować odpowiedni obiekt.

Marek Lyszczyna: A Opera Kameralna?
Tadeusz Kijonka: Nie było tu nigdy opery kameralnej, była natomiast scena kameralna... kiedy dyrektorem został Jerzy Salwarowski, który miał pewne ambicje w tym zakresie. Zaczęło się od "Maestro di musica" Pergolesiego. Jeżeli chodzi o formę, to była to forma opery kameralnej, dzieło historyczne, ale na tym się w zasadzie skończyło. Już na estradzie sali koncertowej im Adama Didura pojawiły się pewne próby, w tym bardzo udany spektakl "Orfeusza i Eurydyki" Glucka. Ale właściwie sama przestrzeń naszej opery w istocie jest kameralna, bo nawet mniejsza niż teatru katowickiego, choć równocześnie pojawiały się od początku inscenizacje monumentalne: "Aida", "Król Roger", "Borys Godunow". Można się pokusić o takie czy inne propozycje, ale w obrębie takich możliwości technicznych, jakie istnieją, a więc z ograniczeniami.

Marek Lyszczyna: Buduje się dużo nowych sal, obiektów itp. Ale teatry operowe jakoś nie mają szczęścia do inwestycji.
Tadeusz Kijonka: Obserwujemy wyjątkowy przypadek w historii Polski, powstało szereg obiektów nowoczesnych, dużego formatu. Trzy lata temu otwarto nowy obiekt w Białymstoku, wcześniej w Krakowie, w latach osiemdziesiątych otwarto wspaniały gmach w Bydgoszczy. Całkiem niedawno otwarto Narodowe Centrum Muzyki we Wrocławiu, ale nie bije się z tego powodu w duże dzwony, bo to spełnienie wymogów związanych z tytułem Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Rzeczywiście obecnie bardzo dużo się buduje głównie w związku ze środkami finansowymi z Unii Europejskiej. To już całkowicie nowa sytuacja i mapa teatralna.

Marek Lyszczyna: Da Ponte porzucił karierę librecisty i przeniósł się do Ameryki, gdzie imał się różnych zajęć, w tym handlu. Panu się bardziej poszczęściło.
Tadeusz Kijonka: Mogę się uważać za librecistę spełnionego. Bardzo cenię sobie "Wita Stwosza" z muzyką Józefa Świdra. Ponadto uważam, że mam opanowany warsztat librecisty, tak pod względem dramaturgicznym, no i rymuję, co się bardzo w tej pracy przydaje... Handlem natomiast nigdy się nie zajmowałem, w związku z czym nigdy nie bankrutowałem... [śmiech] [Da Ponte w Ameryce wielokrotnie bankrutował i zaczynał nowe przedsięwzięcia – przyp. M.L.].

Marek Lyszczyna: Miesięcznik "Śląsk" – co znaczy w Pana życiu?
Tadeusz Kijonka: Znaczy bardzo dużo. Jeszcze jako student, w Krakowie dałem upust swoim zdolnościom organizacyjnym podczas stałych czwartków literackich w międzyuczelnianym klubie "Żaczek" w Krakowie. Zorganizowałem tam klub literacki, byłem jego szefem. To było wspaniałe miejsce, skupiało młodych, świetnych poetów, takich jak Beata Szymańska, Leszek Aleksander Moczulski, Wincenty Faber czy Mieczysław Czuma. Ja całe życie jestem związany z poezją. Kiedy byłem na pierwszym roku studiów, został zorganizowany konkurs na wiersz z okazji roku mickiewiczowskiego. Napisałem tryptyk pod tytułem "Konstantynopol Mickiewicza" i zdobyłem pierwszą nagrodę. Będąc studentem czwartego roku wydałem pierwszy tomik. W tamtych czasach trudno było coś wydać, na publikację własnej książki czekało się lata, wszystko przechodziło przez.....

Marek Lyszczyna: ...przez cenzurę?
Tadeusz Kijonka: ...nie tyle przez cenzurę, ile przez cały cykl wydawniczy, który trwał ponad trzy lata. Powiem tyle - w tym okresie byłem jedynym studentem w Krakowie, który wydał własną książkę, to było naprawdę niezwykłe. Kiedy następnie rozpocząłem w Katowicach pracę zawodową, przez krótki okres czasu byłem związany z radiem. W pewnym momencie Wilhelm Szewczyk zaproponował mi wejście do powstającego zespołu redakcyjnego "Poglądów". I w ten sposób znalazłem się w piśmie kierowanym przez wybitnego szefa, redaktora wielkiego formatu. Wilhelm Szewczyk był niezwykłym człowiekiem i wybitnym pisarzem, dziennikarzem. W redakcji "Poglądów" byłem do samego końca, potem pracowałem w redakcji "Tak i Nie". Równocześnie przez te wszystkie lata zajmowałem się organizacją życia kulturalnego. Zawsze miałem spore ambicje i zainteresowania w tym kierunku. W międzyczasie zmienił się model zarządzania kulturą, z centralnego na policentryczny. Czasopismo "Tak i Nie" upadło, RSW Prasa padła, dzienniki wycofały się z zainteresowana kulturą, działy kulturalne zostały zlikwidowane, w gazetach przestano publikować teksty literackie. Równocześnie trafiłem na bardzo interesującą dla mnie informację. W 1892 powstało w Bytomiu Górnośląskie Towarzystwo Literackie, a więc właśnie mijała setna rocznica jego powołania, i to był impuls. Zaprosiłem więc kolegów i tak 19 grudnia 1992 odbyło się spotkanie założycielskie - GTL zostało reaktywowane, a właściwie powołane od podstaw. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wkrótce uzyskałem z komisji likwidacyjnej RSW Prasa prawo do tytułu "Śląsk". W 1995 roku powstało pismo "Śląsk". Pierwszy skład redakcji to był naprawdę znakomity zespół: Feliks Netz, Marian Kisiel, Jan F. Lewandowski, Krzysztof Karwat no i oczywiście Wiesława Konopelska, która bardzo się sprawdziła i obecnie kieruje pismem. Zawsze nas godziła... [śmiech]. Grafikiem od początku był Wojciech Łuka. Miesięcznik "Śląsk" znaczy dla mnie bardzo wiele. Przeszliśmy przez historyczną próżnię by wypełnić pustkę na mapie czasopiśmienniczej regionu, ale dziś również nie jest łatwo. Co roku pojawiają się nowe trudności.....w tym roku mija 20 lat od powstania, zatem coś sie powiodło, coś się udało, stworzyliśmy stabilną instytucję, ale zobaczymy co będzie dalej, bo coraz trudniej o środki, brakuje też zrozumienia, że "Śląsk" powstał jako przedsięwzięcie społeczne i jeśli upadnie - może to być strata na długie lata.

Marek Lyszczyna: Jaka historia wiąże się z pisaniem przez Pana tekstów, który śpiewał Ryszard Riedel?
Tadeusz Kijonka: Ta historia wiąże się z Kasią Gaertner oraz z okresem pracy nad widowiskiem "Pozłacany warkocz". To była impreza wpisana w obchody powstań śląskich, złożona z motywów śląskich, z muzyką Gaertner. Ja byłem autorem tekstu. Reżyserował Kazimierz Kutz, a Andrzej Czeczot robił scenografię. Chodziło też o napisanie pewnych tekstów gwarą... Kasię Gaertner znałem wcześniej z pracy nad spektaklem "Zaczarowany bal", który najpierw jako "Bal baśni" został wystawiony w Operze Śląskiej i który napisałem z Józefem Świdrem. Olga Lipińska przygotowywała wówczas "Czarodziejski flet". Zadecydowała, że chce wystawić ten spektakl z moim tekstem i muzyką Katarzyny Gaertner pod nowym tytułem "Krasnoludki, krasnoludki"... w teatrze "Komedia" w Warszawie. Później Bogdan Hussakowski wystawił to w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, potem były spektakle w Elblągu i Radomiu, następnie Sławomir Pietras w oparciu o te "Krasnoludki" postanowił przygotować spektakl w Operze Wrocławskiej z mocno rozbudowaną muzyką. W ostatecznym kształcie powstał spektakl "Zaczarowany bal", który do dzisiaj cieszy się powodzeniem... Któregoś wieczoru przyjechała do mnie do domu Kasia Gaertner razem z Jankiem "Kyksem" Skrzekiem i Ryśkiem Riedlem. Trwały wówczas przygotowania do "Pozłacanego warkoczu". Na żywo od ręki napisałem wtedy parę tekstów, w tym gwarą "To był chłop". Napisałem też dwa teksty dla Riedla związane z powstaniami, balladowe "Opowiedzcie wiatry" i "Puść mnie matko do powstania...". Później jeszcze spotkałem Riedla podczas prób przed koncertem w Zabrzu, ale właściwie na tym nasze kontakty się zakończyły, choć miały bardzo sympatyczną aurę, i tak też je zapamiętałem.

Marek Lyszczyna: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii w celach reklamowych, statystycznych oraz w celu dostosowania serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Korzystanie ze strony oznacza wyrażenie zgody na zapisywanie plików cookies w pamięci Twojej przeglądarki.
Więcej o naszej polityce prywatności oraz zmianie ustawień przeglądarki dowiesz się tutaj.