PORTAL KATOWICKI

INFORMACJE KULTURALNE

Menu

Dotknąć istoty muzyki...

  • Dodano:
  • Autor: Ireneusz Szczepaniak
  • Kategoria: Muzyka

AM-GNiemczukSobota, 19 października. W ramach "Festiwalu Otwarcia" w nowej sali NOSPR-u w Katowicach gości London Symphony Orchestra. Trochę wcześniej rozpoczyna się recital fortepianowy Grzegorza Niemczuka. W obu miejscach być nie mogę, ale z podjęciem decyzji "gdzie pójść" nie mam jednak najmniejszego problemu. Grzegorza Niemczuka po raz pierwszy na żywo miałem okazję posłuchać latem ubiegłego roku w Żelazowej Woli, a potem w Norwegii i potem jeszcze w Gliwicach ("Wiosna Fryderyka"), w Czeladzi i w Słupsku... Mój wybór był więc oczywisty...

Kameralna sala, w której zorganizowano recital Niemczuka w ramach Festiwalu Młodych Laureatów Konkursów Muzycznych, stała się w tamtą sobotę miejscem niezwykłym. Dla mnie osobiście tym bardziej, że po recitalu, po długim oczekiwaniu na wyjście, zgodził się na rozmowę...

• I.S.: W przypadku artystów powinno się chyba podsumowywać cały sezon, a nie rok kalendarzowy. Moglibyśmy odstąpić jednak od tej "tradycji" i już teraz porozmawiać o tym, co aktualnie dzieje się w Pana życiu? Bo dzieje się chyba sporo... I wszystko wskazuje na to, że ciekawie...
• G.N.: Obawiam się, że musiałbym napisać książkę, by wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. W kilku słowach powiem tak: nieustannie realizują się moje marzenia. Od tak niespodziewanego występu w Carnegie Hall, który wcześniej nawet nie śmiał pojawić się w moich snach, nastąpiła lawina spełnianych po kolei marzeń – od osobistego poznania oraz wystąpienia przed Martą Argerich, przez występy w Ogrodach Botanicznych w Singapurze, w Australii, w Lipsku, aż do wykonania po raz pierwszy w życiu mojego ukochanego koncertu b-moll Piotra Czajkowskiego czy koncertu na lewą rękę Maurice'a Ravela. A kolejne upragnione cele już czekają na spełnienie: niedługo wyjeżdżam na dwa tygodnie do Brazylii, a w marcu zadebiutuję w Japonii – marzyłem o tym od wielu lat!

• I.S.: W Pana biografii w różnych programach koncertowych organizatorzy podkreślają zawsze, że dał Pan już ponad trzysta koncertów, odwiedzając dwadzieścia krajów na pięciu kontynentach. Jeśli dobrze do rozmowy się przygotowałem - w Ameryce Południowej dotąd Pan nie był. Czyli mamy kolejne koncerty, w kolejnym kraju, na kolejnym kontynencie - zamierza Pan podbić kraje latynoskie? Zamienić się w Pianistycznego Conquistadora?
• G.N.: Brzmi to górnolotnie, ale ja nie podchodzę do tego w taki sposób. Chcę po prostu jak zawsze dzielić się z publicznością tym, co mam do powiedzenia poprzez muzykę. Faktycznie, każdy występ w nowym kraju zawsze niesie ze sobą pytania: jak też mieszkańcy innej kultury przyjmą moją sztukę i moje interpretacje? Zadaję to sobie i tym razem, a jednocześnie przygotowuję się do występów najlepiej jak potrafię. Ameryka Południowa fascynuje mnie od dawna i myślę, że radość i wzruszenie towarzyszące koncertom w miejscach, o których marzyłem, będą odczuwalne w moich interpretacjach i poruszą tamtejszą publiczność.

• I.S.: Co do tego jestem akurat pewny - jakim repertuarem chce Pan zaczarować Amerykę Południową? W programie tournée widzę wyłącznie kompozytorów polskich - utwory Chopina, Szymanowskiego, Kilara będą atrakcyjne dla brazylijskiej publiczności?
• G.N.: Zazwyczaj, gdy gram w jakimś kraju po raz pierwszy, wykonuję głównie muzykę naszych kompozytorów. Tu idea tych koncertów jest właśnie taka, bym jako polski pianista zaprezentował polską muzykę. Wybrałem utwory F. Chopina (Mazurki, Balladę g-moll, Scherzo b-moll, Nokturny, Etiudy, Poloneza A-dur) jak również słynny Menuet G-dur I.J.Paderewskiego, wybór Preludiów K. Szymanowskiego oraz własne transkrypcje muzyki filmowej Wojciecha Kilara. Program będzie zróżnicowany i wierzę, że spotka się z zainteresowaniem tamtejszej publiczności.

• I.S.: Trudno wyobrazić sobie, by mogło stać się inaczej – zwłaszcza jeśli mówimy o Chopinie! Bo jest Pan wybitnym wykonawcą jego utworów. Słyszy się niekiedy głosy (i trudno tutaj jednoznacznie powiedzieć, czy to zarzut czy pochwała), że nie gra Pan wg "szkoły polskiej"... To prawda? Jeśli tak, to czym właściwie jest "szkoła polska" i czym od innych "szkół" się różni? I gdzie, w tym kontekście, umiejscowić powinno się Pana interpretacje?
• G.N.: Nie mnie to oceniać. Widzi Pan, podczas grania zupełnie nie myślę o tym, wg jakiej szkoły gram. Grając Chopina przede wszystkim staram się wsłuchać w serce tej muzyki, bijące w każdej frazie, każdym motywie, każdym temacie, każdej harmonii... Słyszę tam polskość, patriotyzm, tęsknotę, żal, niespełnioną miłość, nadzieję, rozpacz, pragnienia i marzenia, troskę o losy Ojczyzny i o rodzinę, samotność, zagubienie, namiętność, siłę, zagrzewanie do walki, poszukiwanie w sobie wewnętrznej mocy do przezwyciężania trudności... Chopin jest mi w jakiś sposób szczególnie bliski. Grając jego muzykę potrafię szczerze oddać moje wnętrze i bez skrępowania ukazać oblicze mojej duszy. Mam tak jeszcze z Schubertem i z Mozartem, choć z tym ostatnim w nieco innej perspektywie. W każdym razie to, co przyświeca mi podczas interpretowania muzyki Chopina, to właśnie ta szczerość wypowiedzi, brak sztuczności, nie myślenie nad tym czy poprawnie gram daną frazę itp. itd. Jednocześnie dodać do tego trzeba pedantyczny wręcz szacunek do tekstu i nieustanne próby odczytywania muzyki zawartej pomiędzy nutami. U Chopina szacunek do tekstu i do jego sugestii wykonawczych nie zamyka mnie w "interpretacyjnej klatce", lecz pozwala głębiej odczytać jego intencje!

• I.S.: Każdy, kto słyszał Pana interpretacje na żywo wie, że to odpowiedź niezwykle szczera i prawdziwa. Temat "szkół" pominął Pan jednak...
• G.N.: Bo nie czuję się osobą kompetentną do wypowiadania się o "szkołach". Gdy uczę grać Chopina również kieruję się tym, co napisałem powyżej. W mojej własnej edukacji czerpałem wiele zarówno od prof. Józefa Stompla, jak i od Aleksieja Orłowieckiego, Jeffrey'a Swanna czy Arie Vardiego – to są różne osobowości i różne "szkoły". Ale piękne jest to, że są w nich wszystkich punkty wspólne. Tym niemniej uważam, że w pewnym momencie artysta musi przestać być uczniem i podążać swoją własną drogą. Tylko wtedy staje się niepowtarzalny, gdy wyraża swoją osobowość.

• I.S.: Pan na tę drogę już wkroczył. Słuchając na żywo Pana interpretacji trudno nie odnieść wrażenia, że jest to droga chyba wręcz perfekcyjna. I nie mówię tego wyłącznie z mojej własnej perspektywy - nie ukrywam, osoby całkowicie zauroczonej Pana artyzmem. Myślę także o reakcji "sali", z którą już od pierwszych chwil nawiązuje Pan pewną wyjątkową, magiczną wręcz więź. Nie bez powodu w końcu nazwałem Pana kiedyś "Czarodziejem"...
• G.N.: Tego typu opinie tylko mnie uskrzydlają i motywują do jeszcze cięższej pracy. W końcu gram dla publiczności! Sam zaś każdego dnia widzę, ile jeszcze chciałbym ulepszyć, poprawić i jak długa jest droga podążania śladem największych artystów wszystkich czasów. Ale myślę, że to dobrze: bo poczucie, że jesteśmy perfekcyjni, to początek końca. Muzyka uczy pokory...

• I.S.: Praca nad utworem w Pana przypadku to nie tylko wielogodzinne ćwiczenia techniczne, ale również próba poznawania tego wszystkiego, co pośrednio z utworem się łączy. Nawiązuję tutaj do postu, który zamieścił Pan w sieci przed wykonaniem koncertu Czajkowskiego w Słupsku. To "standardowa procedura" przygotowań do występu?
• G.N.: Nie tyle sposób przygotowań do występu, ile po prostu podejście do każdego nowego utworu. Muzyka wielkich kompozytorów to przecież fragmenty ich dusz zamknięte w dźwiękach. Jeśli podejmuję się wykonania utworu, podchodzę do tego z pokorą i poczuciem odpowiedzialności. Czy można grać świadomie utwór kogoś nie wiedząc nic o tej osobie? Zapewne można, ale nie dotknie się moim zdaniem istoty tej muzyki, tego, co nie jest już zapisane nutami na papierze. Uczenie się utworu musi przebiegać wielotorowo, kompleksowo. Spójrzmy np. na epokę romantyzmu (mnie osobiście najbliższą): Chopin, Schumann, Liszt, Schubert, Brahms, Berlioz, Czajkowski – oni wszyscy kształtowali swoje osobowości poprzez literaturę, poezję. Gdy tylko pojawiały się nowe dzieła literackie, oni od razu je znali, czytywali wielokrotnie, inspirowali się nimi. Jedni - jak Liszt czy Berlioz - otwarcie, inni - jak Chopin - w sposób pełen tajemnicy i niedomówień. Jak trudno jest nam w dzisiejszych czasach zbliżyć się do duchowości tych ludzi! Trzeba starać się myśleć jak oni, inspirować się tym, co oni, szukać... A na koniec wzbogacić to wszystko naszym współczesnym odczuwaniem. To trudna droga. Może komuś wydaje się to przesadzone – ale kto, jeśli nie wykonawca, który bierze współodpowiedzialność za prezentowane dzieło, powinien poznawać to, co robi w najszerszy możliwy sposób? Byłem kilka tygodni temu po raz pierwszy w Lipsku... Spacerowałem sobie po starym mieście myśląc o tym, że kiedyś chodzili tamtędy Bach, Schumann, Schiller, Goethe, Wagner, Mahler.... Wie Pan jakie to inspirujące?

• I.S.: Mogę się jedynie domyślać.... Przepraszam za kolejne pytanie, bo może być bolesne - znany jest Panu tzw. "ból tworzenia"? Moment, w którym "korona królewska" zamienia się w "koronę cierniową"? I nałożona na głowę staje się w pewnym momencie po prostu zbyt ciasna? [słowa Piotra Szalszy - przyp. red.]
• G.N.: Nie do końca rozumiem... Chodzi Panu o piętrzące się trudności w dążeniu do ideału?

• I.S.: Po części... Bardziej ogólnie i w zupełnie szerszym kontekście pytanie brzmieć na początek może powinno: artystą się "jest" czy "bywa"?
• G.N.: Czytałem kiedyś wspaniałą książkę Irvinga Stone'a "Udręka i ekstaza" – o Michelangelo Buonarottim. Polecam gorąco każdemu, kto chce poznać nieco bliżej prawdziwy świat tego typu artystów. Właściwie już sam tytuł tej książki wszystko mówi. Myślę, że artystą się po prostu staje, z biegiem czasu. Jakkolwiek dziwnie, a nawet śmiesznie to zabrzmi, ja właściwie o muzyce myślę cały czas.... Rozmyślam o interpretacji, o rozwiązywaniu problemów technicznych, o dążeniu do ideału – ale w moim odczuciu tego ideału nigdy jeszcze nie osiągnąłem. Tylko że to wcale nie zniechęca, wręcz przeciwnie. Nie znaczy to jednak, że nie ma momentów załamań psychicznych. Bywało nawet, że chciałem rezygnować z wykonywania tego zawodu.....

• I.S.: Udam, że ostatniego zdania nie słyszałem!!! Pomińmy w takim razie to zagadnienie i przejdźmy do innego. W ubiegły czwartek NOSPR zagrał w Katowicach utwór Johna Adamsa - kontrowersyjnego amerykańskiego kompozytora gloryfikującego terroryzm... Mówię o tym w kontekście Pana występów... Na Pana oficjalnej stronie zapowiadany był wcześniej występ w Petersburgu, ale po wydarzeniach na Ukrainie z kalendarza zniknął ...
• G.N.: Odwołałem koncert pomimo tego, że Petersburg to kolejne z moich marzeń na liście... miasto Czajkowskiego!

• I.S.: Dlaczego w takim razie Pan odwołał?
• G.N.: Nie akceptuję tego, co się teraz dzieje na Ukrainie. Wracając jeszcze do Johna Adamsa - myślę, że stwierdzenie, że gloryfikuje on terroryzm to duże nadużycie. Tego typu zarzuty pojawiają się pod adresem jednej z jego oper – zresztą sam kompozytor się od tego odżegnuje. Proszę zwrócić uwagę, że napisał również utwór "On the Transmigration of Souls", który upamiętnia ofiary terrorystycznego ataku z 11 września 2001 roku.

• I.S.: Zręcznie zmienił Pan temat - wspomnienie o Adamsie było z mojej strony wyłącznie swego rodzaju prowokacją, bo jego twórczością nie jestem zbytnio zainteresowany. I nie o niej rozmawiamy... Ostatnie zatem pytanie: w kontekście tego wszystkiego, co powiedział Pan wcześniej - gdzie należy umiejscowić Pana działalność dydaktyczną? Bo także tym się Pan zajmuje. I to z dużym sukcesem...
• G.N.: Zajmuję się tym dopiero od trzech lat. Przyznam, że nawet nie spodziewałem się, jak uczenie może być pasjonujące. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia ze studentami, dla których fortepian jest miłością życia i są w stanie wiele dla niego poświęcić. Zdziwi się Pan, ale gdy zacząłem uczyć zauważyłem, że od moich studentów wymagam więcej, niż od siebie samego! Przyznam, że tak mnie to przeraziło, że czym prędzej zacząłem wymagać od siebie tyle, ile od nich – i naprawdę moja gra znacznie poprawiła się w ostatnich kilku latach. Wreszcie sam to zauważam słuchając i porównując swoje nagrania. Krótko mówiąc dla mnie praca dydaktyczna ma same plusy, ale tylko pod warunkiem, że zachowam właściwe proporcje i nie pozwolę sobie na to, by przysłoniła to, co kocham najbardziej – a więc granie dla ludzi!

• I.S.: Miało to być ostatnie pytanie, ale zadam jeszcze jedno: czego życzy się pianistom?
• G.N.: Każdy pianista jest inny – mnie proszę życzyć wytrwałości, ciągłego rozwoju i wielu występów - tak, bym mógł realizować nowe projekty i dzielić się nimi z jak najszerszą publicznością.

• I.S.: Dziękując za rozmowę i poświęcony czas tego wszystkiego zatem życzę! I dodatkowo - w tym także i sobie - możliwości częstszych spotkań z Pana sztuką w Polsce.


Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii w celach reklamowych, statystycznych oraz w celu dostosowania serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Korzystanie ze strony oznacza wyrażenie zgody na zapisywanie plików cookies w pamięci Twojej przeglądarki.
Więcej o naszej polityce prywatności oraz zmianie ustawień przeglądarki dowiesz się tutaj.